Czasem dopada nas rzeczywistość. Tak też i mi się przytrafiło w niedziele! Nagle się okazało, że nie ma nic na obiad, a sklepy pozamykane. Powrót do rzeczywistości odbył się brutalnie, a wrażenie było jakbym dostała obuchem w łeb. Bo ja, czy mój mąż, moglibyśmy obejść się bez porządnego posiłku, ale już nasz syn nie za bardzo!
Szybki rekonesans po lodówce, tudzież zamrażalniku i pomysł sam napłynął do zwojów mózgowych. To zupełnie jak w bajce "Pomysłowy Dobromił" - piłeczka kilka razy odbiła się od czaszki, a później zaświeciła się lampka!
Zgromadziłam następujące produkty:
- ziemniaki ok. 5 szt.,
- masło 0,5 kostki,
- ser 0,5 kg,
- szynka ok. 20 dag.,
- upieczona pierś z kurczaka,
- cebula 3 szt.,
- papryka czerwona 1 szt.,
- koncentrat pomidorowy 0,5 słoiczka,
- pesto bazyliowe 0,5 słoiczka.
Oczywiście przyprawy jakieś zawsze się znajdą w mojej kuchni, a użyłam: koperek, pietruszkę, słodką paprykę, kurkumę, pieprz i sól.
A co powstało z tych składników. Jak w tytule jest to zapiekanka, a na winie, bo co mi się pod rękę nawinęło, to się w zapiekance znalazło.
Przejdźmy zatem do konkretów. Ziemniaki obrać, umyć i pokroić w plastry średniej grubości. Blachę, formę do ciast lub naczynie żaroodporne wysmarować porządnie masłem i wyłożyć pierwszą warstwę ziemniaków.
Szynkę pokroić w kostkę , kurczaka rozdrobnić na małe kawałeczki, cebulę pokroić dowolnie w zależności od gustu, paprykę pokroić w kostkę. W/w składniki podsmażyć na patelni na maśle dodając przyprawy. Podsmażone produkty stanowią drugą, środkową warstwę zapiekanki. Na górę układamy drugą warstwę ziemniaków, a na sam wierzch ser. Jeśli sera mamy w dużych ilościach to możemy go dodać również do warstwy środkowej, tzw. farszu.
Wszystko pieczemy w termoobiegu, temperatura 190*C przez około 40 minut. Jeśli mamy zwykły piekarnik to 200*C.
Smacznego!
wtorek, 14 czerwca 2011
poniedziałek, 23 maja 2011
Noc Muzeów od kuchni!
Post ten jest nieco spóźniony, bo Noc Muzeów była już tydzień temu, ale cóż począć jak obowiązki służbowe pognały mnie na zachód Polski i przez tydzień bawiłam w Poznaniu i Szczecinie.
Bądź co bądź postanowiłam zamieścić relację kulinarną związaną z imprezą pod hasłem Noc Muzeów. Odwiedziłam przede wszystkim Cytadelę Warszawską, gdzie miały miejsce pokazy związane z bronią. No i cóż to ma wspólnego z jedzeniem?? A no, wojak też człowiek i musi coś jeść. Ponadto wiedziałam, że tam też skryje się ze swym kramem koleżanka po fachu - Małgorzata Krasna-Korycińska. Na ten wspaniały dzień, a raczej noc, owa koleżanka przygotowała wojskową kantynę rodem z XIX wieku.
Skosztowałam kawy i herbaty z różnymi dodatkami
Odrobiny słodkości też nie zabrakło :)
Na "zapleczu" naszykowane było specjalne palenisko, nad którym zawieszony był na wilkach ogromny czajnik, a w palenisku, z boku, stał dzban z kawą. Można powiedzieć, że sposób parzenia kawy przypominał nieco turecki.
Dodatkowym rarytasem, jaki można było zakosztować, był syrop sosnowy. Rewelacja i tyle mogę powiedzieć!
Muszę tu nadmienić, że Gosia jest autorem książki o kulinariach z wczesnego średniowiecza, więc jeśli kogoś interesuje taka tematyka, to serdecznie polecam! A w nawiasie zamieszczam link do książki na stronie wydawcy.
(http://www.triglav.com.pl/publikacje-3-virt.html?page=shop.product_details&flypage=flypage.tpl&product_id=32&category_id=6)
Na przeciwko, rodzinnie, rozbił się kram mieszany z przepysznymi podpłomykami i równie smacznymi dodatkami, takimi jak konfitury wszelakiej maści.
Gdy zaspokoiłam już swą ciekawość wzrokowo-smakową udałam się w wyprawę po całym terenie cytadeli i okazało się, że kulinariów jest więcej.
Trafiłam do kramu wczesnego średniowiecza o proweniencji bliżej nie określonej, Gdy zapytałam kim są i jaką kulturę, nację, grupę etniczną reprezentują to odburknęli, że są Słowianami, a tymczasem na łyżkach mieli wzorki rodem ze Skandynawii :).
Nie wiem czy tak tylko na odczepnego powiedzieli, czy aż tak są nie zorientowani w temacie.
Bądź co bądź postanowiłam zamieścić relację kulinarną związaną z imprezą pod hasłem Noc Muzeów. Odwiedziłam przede wszystkim Cytadelę Warszawską, gdzie miały miejsce pokazy związane z bronią. No i cóż to ma wspólnego z jedzeniem?? A no, wojak też człowiek i musi coś jeść. Ponadto wiedziałam, że tam też skryje się ze swym kramem koleżanka po fachu - Małgorzata Krasna-Korycińska. Na ten wspaniały dzień, a raczej noc, owa koleżanka przygotowała wojskową kantynę rodem z XIX wieku.
Skosztowałam kawy i herbaty z różnymi dodatkami
Odrobiny słodkości też nie zabrakło :)
Na "zapleczu" naszykowane było specjalne palenisko, nad którym zawieszony był na wilkach ogromny czajnik, a w palenisku, z boku, stał dzban z kawą. Można powiedzieć, że sposób parzenia kawy przypominał nieco turecki.
Dodatkowym rarytasem, jaki można było zakosztować, był syrop sosnowy. Rewelacja i tyle mogę powiedzieć!
Muszę tu nadmienić, że Gosia jest autorem książki o kulinariach z wczesnego średniowiecza, więc jeśli kogoś interesuje taka tematyka, to serdecznie polecam! A w nawiasie zamieszczam link do książki na stronie wydawcy.
(http://www.triglav.com.pl/publikacje-3-virt.html?page=shop.product_details&flypage=flypage.tpl&product_id=32&category_id=6)
Na przeciwko, rodzinnie, rozbił się kram mieszany z przepysznymi podpłomykami i równie smacznymi dodatkami, takimi jak konfitury wszelakiej maści.
Gdy zaspokoiłam już swą ciekawość wzrokowo-smakową udałam się w wyprawę po całym terenie cytadeli i okazało się, że kulinariów jest więcej.
Trafiłam do kramu wczesnego średniowiecza o proweniencji bliżej nie określonej, Gdy zapytałam kim są i jaką kulturę, nację, grupę etniczną reprezentują to odburknęli, że są Słowianami, a tymczasem na łyżkach mieli wzorki rodem ze Skandynawii :).
Nie wiem czy tak tylko na odczepnego powiedzieli, czy aż tak są nie zorientowani w temacie.
wtorek, 10 maja 2011
Czekoladowych specjałów ciąg dalszy
Przeglądając "Piasta" znalazłam koleiny artykuł traktujący o czekoladzie. Tym razem autor, tajemniczy J. B. (notabene ten sam, który popełnił poprzedni artykuł o czekoladzie), wyjaśnia w jaki sposób rozpoznawać sfałszowaną czekoladę!
Miłej lektury!
Miłej lektury!
poniedziałek, 9 maja 2011
Cykl używkowy - czekolada!
Na dziś przygotowałam kolejną odsłonę cyklu używkowego, a w niej przepis na czekoladę, który wyszperałam w XVII części "Piasta" z 1830 r.
Aby przepis był bardziej zrozumiały postanowiłam uraczyć Was moim komentarzem i refleksjami na temat.
Kakao karakas, a w rzeczywistości caracas to odmiana bardziej szlachetna, pochodząca (jak sama nazwa wskazuje) z Wenezueli. Niestety nie orientuje się czy można i ewentualnie gdzie zakupić ziarna tej odmiany. Myślę, że jakby popróbować w sklepach typu "Pożegnanie z Afryką", "Świat kawy i herbaty" itp. to może się udać!
Czym jest balsam peruwiański? Jest to gęsta, ciemna i nie wysychająca ciecz. Jego głównym składnikiem jest cynameina – frakcja olejkowa będąca mieszaniną benzoesanu benzylu i cynamonianu benzylu. Ma on przyjemny zapach, przypominający wanilię i cynamon. Jego nazwa jest myląca – nie pochodzi on bowiem z Peru. Jednym z głównych obszarów występowania woniawca (tak zwany jest potocznie w Polsce) jest lesisty obszar w San Salvador, nad Oceanem Spokojnym, zwany też „wybrzeżem balsamicznym”. Przymiotnik „peruwiański” balsam otrzymał dlatego, iż jednym z głównych portów na szlaku exportowym tego surowca był peruwiański port Callao w Limie. Drzewo produkuje wydzielinę w sposób naturalny, jednak w niewielkich ilościach. Metodą przemysłową balsam peruwiański pozyskiwany jest na skutek uszkodzeń mechanicznych lub termicznych. Patologiczną wydzielinę otrzymuje się poprzez zdjęcie kory, nacięcie i przypalanie pnia drzewa. Balsam zbiera się do mokrych szmatek, które po nasiąknięciu wygotowuje się i wyciska.
Na koniec jeszcze podam przelicznik miary:
po skomplikowanym i wnikliwym liczeniu wychodzi mi, że
1 funt to dziś 0,406 kg
1 drachma to dziś 3,1 grama (0,0031 kg)
Aby przepis był bardziej zrozumiały postanowiłam uraczyć Was moim komentarzem i refleksjami na temat.
Kakao karakas, a w rzeczywistości caracas to odmiana bardziej szlachetna, pochodząca (jak sama nazwa wskazuje) z Wenezueli. Niestety nie orientuje się czy można i ewentualnie gdzie zakupić ziarna tej odmiany. Myślę, że jakby popróbować w sklepach typu "Pożegnanie z Afryką", "Świat kawy i herbaty" itp. to może się udać!
Czym jest balsam peruwiański? Jest to gęsta, ciemna i nie wysychająca ciecz. Jego głównym składnikiem jest cynameina – frakcja olejkowa będąca mieszaniną benzoesanu benzylu i cynamonianu benzylu. Ma on przyjemny zapach, przypominający wanilię i cynamon. Jego nazwa jest myląca – nie pochodzi on bowiem z Peru. Jednym z głównych obszarów występowania woniawca (tak zwany jest potocznie w Polsce) jest lesisty obszar w San Salvador, nad Oceanem Spokojnym, zwany też „wybrzeżem balsamicznym”. Przymiotnik „peruwiański” balsam otrzymał dlatego, iż jednym z głównych portów na szlaku exportowym tego surowca był peruwiański port Callao w Limie. Drzewo produkuje wydzielinę w sposób naturalny, jednak w niewielkich ilościach. Metodą przemysłową balsam peruwiański pozyskiwany jest na skutek uszkodzeń mechanicznych lub termicznych. Patologiczną wydzielinę otrzymuje się poprzez zdjęcie kory, nacięcie i przypalanie pnia drzewa. Balsam zbiera się do mokrych szmatek, które po nasiąknięciu wygotowuje się i wyciska.
Na koniec jeszcze podam przelicznik miary:
po skomplikowanym i wnikliwym liczeniu wychodzi mi, że
1 funt to dziś 0,406 kg
1 drachma to dziś 3,1 grama (0,0031 kg)
niedziela, 17 kwietnia 2011
Pierogi polskie ruskimi zwane
Z nazwą owych pierogów jest związana dość zawiła historia. Pierogi te pochodzą z kresów, dawnych terenów Rzeczpospolitej. Najpopularniejsze były we Lwowie. Przed II Wojną Światową nazywane były pierogami polskimi, lecz po zmianie granic na mocy układu jałtańskiego Lwów znalazł się poza granicami Polski. Tym też sposobem zaczęto pierogi nazywać ruskimi. Co prawda nie była to niby Rosja, ale w świadomości wielu ludzi bardzie Rosja niż Ukraina, a już na pewno dawne tereny Rusi Kijowskiej.
Na Ukrainie czy w Rosji pierogi te zwane są wciąż polskimi, a gdy w restauracji poprosimy kelnera o pierogi ruskie to zapewne zrobi wielkie oczy!
Ciekawostką jest to, że nowa nazwa dość długo nie przyjmowała się w jednym z polskich miast. Dla osób znających historię jest to prawdo podobnie jasne. Chodzi tu o Wrocław do którego wysiedlono wielu mieszkańców kresów wschodnich, w tym Lwowa.
Spis składnikowy:
Farsz:
- 3 łyżki masła
- 1 posiekana cebula
- 500 g twarogu
- 4 ziemniaki
- sól, pieprz
Ciasto:
- 1/2 kg mąki pszennej
- 1 łyżka soli
- ok. 1 szklanka letniej wody
Mąkę przesiać na stolnicy, dodać sól i wodę. Zagnieść ciasto, dobrze wyrobić – ma być wolne.
Ugotować ziemniaki i dokładnie je rozgnieść. Wymieszać z serem dodając pozostałą sól, pieprz i podsmażoną wcześniej na maśle cebulkę. Na stolnicy rozwałkować płat ciasta tak na grubość kilku milimetrów ( ciasto jest bardzo plastyczne), szklanką wykrawać krążki. Na każdy krążek nałożyć porcję masy serowo - ziemniaczanej i dokładnie skleić brzegi (ja to robię przeważnie maszynką). W dużym garnku zagotować ok 1,5 l wody i porcjami wrzucać do niej pierogi (nie więcej niż 10 jednocześnie). Wody nie solimy. Gotować do czasu aż pierożki wypłyną na wierzch, delikatnie mieszając, tak żeby nie uszkodzić skórki.
Można je podawać ze śmietaną, zasmażką z cebuli i słoniny lub masłem. Ale ja najbardziej lubię odsmażane na maśle z dodatkiem kopru i pietruszki.
Smacznego!
Na Ukrainie czy w Rosji pierogi te zwane są wciąż polskimi, a gdy w restauracji poprosimy kelnera o pierogi ruskie to zapewne zrobi wielkie oczy!
Ciekawostką jest to, że nowa nazwa dość długo nie przyjmowała się w jednym z polskich miast. Dla osób znających historię jest to prawdo podobnie jasne. Chodzi tu o Wrocław do którego wysiedlono wielu mieszkańców kresów wschodnich, w tym Lwowa.
Spis składnikowy:
Farsz:
- 3 łyżki masła
- 1 posiekana cebula
- 500 g twarogu
- 4 ziemniaki
- sól, pieprz
Ciasto:
- 1/2 kg mąki pszennej
- 1 łyżka soli
- ok. 1 szklanka letniej wody
Mąkę przesiać na stolnicy, dodać sól i wodę. Zagnieść ciasto, dobrze wyrobić – ma być wolne.
Ugotować ziemniaki i dokładnie je rozgnieść. Wymieszać z serem dodając pozostałą sól, pieprz i podsmażoną wcześniej na maśle cebulkę. Na stolnicy rozwałkować płat ciasta tak na grubość kilku milimetrów ( ciasto jest bardzo plastyczne), szklanką wykrawać krążki. Na każdy krążek nałożyć porcję masy serowo - ziemniaczanej i dokładnie skleić brzegi (ja to robię przeważnie maszynką). W dużym garnku zagotować ok 1,5 l wody i porcjami wrzucać do niej pierogi (nie więcej niż 10 jednocześnie). Wody nie solimy. Gotować do czasu aż pierożki wypłyną na wierzch, delikatnie mieszając, tak żeby nie uszkodzić skórki.
Można je podawać ze śmietaną, zasmażką z cebuli i słoniny lub masłem. Ale ja najbardziej lubię odsmażane na maśle z dodatkiem kopru i pietruszki.
Smacznego!
piątek, 15 kwietnia 2011
Reduta Ordona na nowo odkryta
Jakkolwiek tytuł brzmi banalnie, bo ile można odkrywać to samo, to jednak można. I nasz ukochany szaniec 54 jest tego najlepszym przykładem.
Badania archeologiczne prowadziliśmy na tym terenie na jesieni ubiegłego roku. Skromne nasze znaleziska potwierdziły rzeczywistą lokalizację osławionej przez Mickiewicza fortyfikacji. Piszę potwierdziły, ponieważ już wcześniej różne kręgi varsavianistyczne uważały, że tam się ona znajdowała.
Abstrahując jednak od dziwnych zawirowań społeczno-politycznych związanych z problemem odkrycia reduty (kto?, kiedy?, gdzie? i jak?) mam przyjemność zaprosić Wszystkich zainteresowanych tematyką militarną na wernisaż wystawy "Reduta Ordona na nowo odkryta".
Jak widać (mam nadzieje, że widać) na zaproszeniu wernisaż już w najbliższy wtorek, tak więc można rzec, że już jestem na finiszu i tak też staram się patrzeć na sprawę :) A skoro już kończę to przedsięwzięcie, niebawem powrócę do kucharzenia :)))
Badania archeologiczne prowadziliśmy na tym terenie na jesieni ubiegłego roku. Skromne nasze znaleziska potwierdziły rzeczywistą lokalizację osławionej przez Mickiewicza fortyfikacji. Piszę potwierdziły, ponieważ już wcześniej różne kręgi varsavianistyczne uważały, że tam się ona znajdowała.
Abstrahując jednak od dziwnych zawirowań społeczno-politycznych związanych z problemem odkrycia reduty (kto?, kiedy?, gdzie? i jak?) mam przyjemność zaprosić Wszystkich zainteresowanych tematyką militarną na wernisaż wystawy "Reduta Ordona na nowo odkryta".
Jak widać (mam nadzieje, że widać) na zaproszeniu wernisaż już w najbliższy wtorek, tak więc można rzec, że już jestem na finiszu i tak też staram się patrzeć na sprawę :) A skoro już kończę to przedsięwzięcie, niebawem powrócę do kucharzenia :)))
wtorek, 5 kwietnia 2011
Masło to podstawa
Dziś masło może nie jest tak powszechnie stosowane i chętnie używane (zwłaszcza przez odchudzającą się część społeczeństwa) jak miało to miejsce kiedyś. Zwłaszcza mowa tu o kuchni przesiąkniętej modą francuską, co odpowiada czasom saskim i późniejszym.
W większości przepisów zawartych w poradnikach, książkach kucharskich i innych periodykach "kuchennych" z XVIII i XIX znajduje się masło. Masło dodawano do pieczeni, do zup, bazowały na nim sosy i polewki, jednym słowem wszystko co miało służyć za potrawę na "pańskim" stole (ze stołem chłopskim było nieco odmiennie, ale to już zupełnie inny rozdział w historii sztuki kulinarnej). Wskazuje to, że masło było produktem bardzo ważny, a może nawet i wiodącym w kuchni staropolskiej (oczywiście tej francusko - staropolskiej :) - o tej prawdziwie polskiej kiedy indziej).
Do ubijania masła służyły specjalne urządzenia-naczynia, jakie dziś można już raczej oglądać jedynie w skansenach. Ot i czasem się zdarzy zobaczyć takie cudeńko gdzieś na wsi, lub, jak w moim przypadku, wejść w posiadanie takiego sprzętu w ramach pamiątki rodzinnej :)
Oto moja maleńka :)
Naczynie to zwie się Kierza, a bardziej potocznie, a za razem bardziej znane pod nazwą masielnica. Kierze robiono z drewna, co nie było bez znaczenia, gdyż w naczyniach z innych tworzyw masło nie wychodziło dobre - no a przynajmniej tak twierdzili ówcześni.
Jako, że produkt końcowy używany był nader często (o czym wspomniałam wyżej), jego produkcja należała do zajęć codziennych. Tylko ludzie o biedniejszym stanie bytu ubijali masło raz na jakiś czas, konserwując je za pomocą soli. "Pospólstwo" z rzadka spożywało masło (raczej odświętnie). Masło, które miało trafić na stół jako odrębny element posiłku, a nie jako część składowa dania, było formowane w ozdobne kształty w specjalnych foremkach z drzewa bukszpanowego tu też istotne jest tworzywo foremki).
Zapytacie Moi Mili skąd ten wywód o maśle? Odpowiedź jest prosta, jeśli chcemy zajmować się kuchnią dawną i gotować wedle starych przepisów, musimy zacząć od podstaw. A jedną z tych podstaw jest masło.
To zdjęcie zaczerpnęłam z internetu, tak w ramach "uocznienia" czynności :)
A więc jak to było robione? Bardzo prosty przepis, bułka z masłem... :)
Masło przygotowywano ze śmietany. Oczywiście najpierw należało taką smietanę uzyskać z mleka. Ubijano ją kijem (element masielnicy), który zwano kołatuszką - od czynności, jaką wykonywał, czyli kołatał. Odpowiednia długość kołatania dawała w efekcie masło, oraz maślankę, czyli część płynną powstało w wyniku ubijania ze śmietany.
W XIX wieku pojawiły się też bardziej "zautomatyzowane" masielnice:
gdzie zamiast kołatuszki ręcznej była wajcha do kręcenia.
Dla wytrwałych oraz tych z możliwościami pozyskania naturalnego mleka lub gotowej śmietany od rolnika proponuję wypróbowanie powyższego przepisu. Oczywiście doradzam również zamianę przedpotopowej kierzy na współczesny mikser. Najlepiej taki z trzepaczką jak do jajek.
Tym, którym dostęp do produktów z pierwszej ręki (a raczej piersi krowy), jest utrudniony lub niemożliwy, polecam wypróbowanie pełnotłustej śmietany 36 %.
Dla przykładu, że tak też się da, prezentuje poniżej mój efekt końcowy, uzyskany właśnie z takiej sklepowej śmietany. Zaręczam, że uzyskane w ten sposób masło w smaku jest wyborne!
Żeby przepis był przepisem zamieszczam spis składnikowy:
- mleko lub śmietana nieprzetworzone (takie prosto od krowy, a nie prosto z przetwórni)
- śmietana 36% w miarę możliwości nie UHT - jako zamiennik powyższych składników
- mikser :0
Miłej pracy przy trzepaniu!
W większości przepisów zawartych w poradnikach, książkach kucharskich i innych periodykach "kuchennych" z XVIII i XIX znajduje się masło. Masło dodawano do pieczeni, do zup, bazowały na nim sosy i polewki, jednym słowem wszystko co miało służyć za potrawę na "pańskim" stole (ze stołem chłopskim było nieco odmiennie, ale to już zupełnie inny rozdział w historii sztuki kulinarnej). Wskazuje to, że masło było produktem bardzo ważny, a może nawet i wiodącym w kuchni staropolskiej (oczywiście tej francusko - staropolskiej :) - o tej prawdziwie polskiej kiedy indziej).
Do ubijania masła służyły specjalne urządzenia-naczynia, jakie dziś można już raczej oglądać jedynie w skansenach. Ot i czasem się zdarzy zobaczyć takie cudeńko gdzieś na wsi, lub, jak w moim przypadku, wejść w posiadanie takiego sprzętu w ramach pamiątki rodzinnej :)
Oto moja maleńka :)
Naczynie to zwie się Kierza, a bardziej potocznie, a za razem bardziej znane pod nazwą masielnica. Kierze robiono z drewna, co nie było bez znaczenia, gdyż w naczyniach z innych tworzyw masło nie wychodziło dobre - no a przynajmniej tak twierdzili ówcześni.
Jako, że produkt końcowy używany był nader często (o czym wspomniałam wyżej), jego produkcja należała do zajęć codziennych. Tylko ludzie o biedniejszym stanie bytu ubijali masło raz na jakiś czas, konserwując je za pomocą soli. "Pospólstwo" z rzadka spożywało masło (raczej odświętnie). Masło, które miało trafić na stół jako odrębny element posiłku, a nie jako część składowa dania, było formowane w ozdobne kształty w specjalnych foremkach z drzewa bukszpanowego tu też istotne jest tworzywo foremki).
Zapytacie Moi Mili skąd ten wywód o maśle? Odpowiedź jest prosta, jeśli chcemy zajmować się kuchnią dawną i gotować wedle starych przepisów, musimy zacząć od podstaw. A jedną z tych podstaw jest masło.
To zdjęcie zaczerpnęłam z internetu, tak w ramach "uocznienia" czynności :)
A więc jak to było robione? Bardzo prosty przepis, bułka z masłem... :)
Masło przygotowywano ze śmietany. Oczywiście najpierw należało taką smietanę uzyskać z mleka. Ubijano ją kijem (element masielnicy), który zwano kołatuszką - od czynności, jaką wykonywał, czyli kołatał. Odpowiednia długość kołatania dawała w efekcie masło, oraz maślankę, czyli część płynną powstało w wyniku ubijania ze śmietany.
W XIX wieku pojawiły się też bardziej "zautomatyzowane" masielnice:
gdzie zamiast kołatuszki ręcznej była wajcha do kręcenia.
Dla wytrwałych oraz tych z możliwościami pozyskania naturalnego mleka lub gotowej śmietany od rolnika proponuję wypróbowanie powyższego przepisu. Oczywiście doradzam również zamianę przedpotopowej kierzy na współczesny mikser. Najlepiej taki z trzepaczką jak do jajek.
Tym, którym dostęp do produktów z pierwszej ręki (a raczej piersi krowy), jest utrudniony lub niemożliwy, polecam wypróbowanie pełnotłustej śmietany 36 %.
Dla przykładu, że tak też się da, prezentuje poniżej mój efekt końcowy, uzyskany właśnie z takiej sklepowej śmietany. Zaręczam, że uzyskane w ten sposób masło w smaku jest wyborne!
Żeby przepis był przepisem zamieszczam spis składnikowy:
- mleko lub śmietana nieprzetworzone (takie prosto od krowy, a nie prosto z przetwórni)
- śmietana 36% w miarę możliwości nie UHT - jako zamiennik powyższych składników
- mikser :0
Miłej pracy przy trzepaniu!
Subskrybuj:
Posty (Atom)





